Muza jego mać!
Eviva l'arte! Człowiek zginąć musi -
cóż, kto pieniędzy nie ma, jest pariasem,
nędza porywa za gardło i dusi -
zginąć, to zginąć jak pies, a tymczasem,
choć życie nasze splunięcia niewarte:
Eviva l'arte!
(…) Niechaj pasie brzuchy
nędzny filistrów naród! My, artyści,
my, którym często na chleb braknie suchy, (…)
możemy z głodu skonać gdzieś pod progiem, (…)
więc patrzym na tłum z głową podniesioną, (…)
Eviva l'arte!
(K. Przerwa-Tetmajer, 1894 r.)
Jeśli wybierzesz się w podróż autobusem do Krakowa i zdecydujesz na spacer od Dworca w stronę Starego Miasta, wyszedłszy z tunelu na światło słoneczne, ujrzysz po lewej plac Świętego Ducha. Tam pyszni się gmach teatru im. Słowackiego, stanowiąc jaskrawy - choć piękny - dysonans pośród średniowiecznych zabytków. Dysonans ów dotyczy nie tylko architektury, ale przede wszystkim kontrowersji na temat powstania budynku.
W 1244 r. biskup Prandota ufundował klasztor bractwa zakonnego duchaków (od Ducha Świętego) wraz z przylegającym doń kościołem i zespołem szpitalnym. Od 1530 r. pełnił on również funkcję przytułku dla ubogich, bezdomnych, sierot i samotnych matek. W kolejnych stuleciach kompleks zmieniał przeznaczenie i właścicieli, aż wreszcie w XIX w. przeszedł w posiadanie gminy Kraków, przekształcając się w areszt miejski i szkołę ludową. Pomimo faktu, iż przez wiele lat przyklasztorne zabudowania pełniły ważne społecznie funkcje, z powodu braku środków finansowych stopniowo popadały w ruinę. Pod koniec XIX w. Jan Matejko zadeklarował, że odda część swego majątku na remont budynków, ale jego pomysł przepadł, gdy ratusz zadecydował, że wymiecie do czysta działkę i w miejsce zabytków postawi teatr (dodajmy, że koncepcja wzniesienia przybytku Talii i Melpomeny wygrała z potrzebą założenia wodociągów…). W odpowiedzi Matejko, oburzony świętokradztwem i powodowany zapewne sentymentem wynikającym z faktu, ze otrzymał chrzest w pobliskim kościele św. Krzyża, zrzekł się honorowego obywatelstwa miasta Krakowa i zabronił wystawiania tam swych dzieł.
Gdyby mistrz wiedział, co za sto lat stanie się ze Sztuką, pewnie prychnąłby z odrazą, cytując Marka Siudyma w „Misiu”: „W mordę kopany! W życiu bym do teatru nie poszedł!”. Jeśli jednak nie zraża Cię to, Czytelniku, idź dalej, a za progiem powita Cię dwóch portierów (z których jeden wygląda, jakby odrabiał drugi etat jako bramkarz w klubie nocnym), którzy wyjaśnią Ci, że napis na szkaradnym plakacie we foyer: „Naród się zgubił” to tytuł sezonu 2025/2026. Jeśli wykupiłeś uprzednio bilet, portierzy, skądinąd bardzo grzeczni, pozwolą Ci przejść do głównej sali, gdzie zobaczysz wyjątkową kurtynę (nietypową, bo spuszczaną, a nie zwijaną), po raz pierwszy podniesioną w 1894 r. podczas wystawiania sztuki Józefa Blizińskiego pt. „Chwast” (nomen omen).
Gdy w 1893 r. teatr był już ukończony, rozpisano konkurs na projekt, który wygrał Henryk Siemiradzki. Być może, jego koncepcja zdobyła największe uznanie z uwagi na przysłowiowe skąpstwo Grodu Kraka (Siemiradzki wykonał kurtynę po kosztach własnych), uważam jednak, że przesądzić mogła ostrożność jury i obawa przed wyborem tematu, który wkrótce mógł się zdezaktualizować (jak modne w Polsce pod zaborami nawiązanie do mitologii słowiańskiej Tomasza Lisiewicza i Stanisława Wyspiańskiego lub trącąca nieco lizusostwem plejada gwiazd krakowskiej sceny Józefa Mehoffera). Wybór Siemiradzkiego wydawać się mógł kontrowersyjny - ten absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Petersburgu stronił od typowo polskich tematów narodowo-wyzwoleńczych, trzymał się raczej europejskiego akademizmu, szablonowego klasycyzmu i bezpiecznego konformizmu motywów starożytnego świata - lecz jego projekt kurtyny był wręcz nachalnym przeciwieństwem kontrowersji.
Ale czy na pewno…?
Na pierwszy rzut oka cały obraz wydaje się przewidywalny. Oto dwie grupy posągowych postaci ustawiają się niemal symetrycznie po obu stronach sceny - jasnej i ciemnej - jako wyobrażenie dychotomii komedii i tragedii. Jest to jednak symetria pozorna. W centrum tronuje Natchnienie w postaci skrzydlatego i uwieńczonego wawrzynem młodzieńca, który gestem wyciągniętych rąk dokonuje zaślubin dwóch kobiet - Piękna i Prawdy. Na pierwszym szkicu trudno odgadnąć, która z kobiet jest alegorią czego. Brakuje im atrybutów i można się tylko domyślać, że zupełnie naga postać po prawej wyobraża Prawdę (nuda veritas), zwłaszcza że trudno rozpoznać tożsamość ledwo zarysowanego ludzika u jej stóp. Dopiero drugi szkic, o wiele bardziej dopracowany, pozwala zrozumieć, że Prawdą jest kobieta siedząca po lewej, co możemy poznać po trzymanym przez nią zwierciadle. Właściwie gdyby trzymać się tradycyjnych reguł ikonografii, obie kobiety powinny być nagie, ale Siemiradzki najwyraźniej uznał, że to już byłoby za dużo golizny w samym centrum, przyodział więc - połowicznie - Prawdę w błękitną draperię, a Piękno przystroił wieńcem z róż i półprzejrzystą szarfą, spiętą złotym pasem. Ostatecznie artysta zamienił kwiaty na skromną, różową wstążkę spinającą blond włosy Piękności, co nie jest bez przyczyny. Scena ceremonii świętych zaślubin nie ma w sobie nic „weselnego”; pozostaje niezauważona przez większość spośród licznych postaci kłębiących się przed oczami widza. Natchnienie w złocistej eksedrze wydaje się być bardziej sędzią niż kapłanem. Prawda, siedząca na tronie z zimnego marmuru, apatycznie bierze za rękę swą towarzyszkę i spogląda na jej łono bez entuzjazmu, jakby myślała: „Chleba z tej mąki nie będzie”. Naprzeciwko Piękno trzyma się swojego kawałka podwyższenia, niechętnie podając dłoń swej oblubienicy i odsuwając się tak, by ich stopy się nie zetknęły. Najwidoczniej Piękno nie kocha Prawdy, a Prawda nie pożąda Piękna. Jednak nawet gdyby ich ciała splotły się w miłosnym uścisku, ich stadło - w wizji Siemiradzkiego - musi siłą rzeczy pozostać bezpłodne.
Z tym jałowym związkiem nie chce mieć nic do czynienia Kupidyn, który pod postacią chłopca wiesza się u szyi Piękności i demonstracyjnie unosi łuk bez strzały nasadzonej na cięciwę. Patrzy przy tym niespokojnie na swój odpowiednik - Erosa, który, jak pisał autor, „płacze nad urną z prochami drogiego serca”. Zupełnie nieobecny na pierwszym szkicu, na drugim pojawia się pod postacią już nie chłopca, ale uskrzydlonego młodzieńca szlochającego u stóp posągu z poświatą wokół głowy i krwawiącą raną na piersi. Skulony wokół urny, zdaje się nie zauważać grupy miotającej się tuż za jego plecami: tam półnaga kobieta obejmuje czy też omdlewa w objęciach mężczyzny dzierżącego w prawej dłoni sztylet. Ta grupa to, według opisu, Morderstwo i Występna Miłość. Na ciele kobiety nie widać ran, ale widz nie wie, czy mężczyzna jest jej kochankiem, czy zabójcą, czy uniesionym nożem próbuje ją ugodzić, czy obronić przed odrażającą Erynią pod postacią wiedźmy ze skrzydłami nietoperza i wężami zamiast włosów. Uosabia ona Wyrzuty Sumienia i Zemstę, domagając się kary za zbrodnię. Na dalszym planie, pod mrocznym niebem zasnutym burzowymi chmurami, na tle których krążą stada nietoperzy, „pierwiastki Dobrego i Złego” (w ostatecznej wersji: anioł ze świetlistą aureolą i czarnoskóry demon w złotej koronie) „walczą o panowanie nad światem” u stóp posągu Sfinksa symbolizującego Przeznaczenie (nad głową którego widnieje na drugim szkicu zarys Gwiazdy Dawida).
Świat po drugiej stronie jest skąpany w słońcu. W tle radosny korowód mija w tańcu posąg Terpsychory, głowę którego ozdabia wieńcem młoda dziewczyna. Bliżej widać unoszące się w powietrzu alegorie sztuki. Alegoria Śpiewu, uwieńczona liliami, unosi wysoko ramię, jakby chciała sięgnąć nieba. Muzyka, czyli kobieta dzierżąca w lewej dłoni złotą harfę (złoty jest też jej diadem na drugim szkicu), prawą rękę podaje Psyche, czyli dosłownie „duszy”. Jest ona bohaterką greckiego mitu, opowiadającego historię zwycięskiej walki o miłość śmiertelniczki i Erosa, ze związku których rodzi się Hedone („rozkosz”). W projekcie Siemiradzkiego Psyche jest przedstawiona jako młoda dziewczyna, z utęsknieniem wyciągająca rękę do Muz, bo - choć sama ma u ramion motyle skrzydła - nie jest w stanie o własnych siłach oderwać stóp od ziemi, próbując uwolnić się z „więzów Zmysłowości” reprezentowanej przez bachiczną parę. Uwieńczony i przepasany bluszczem satyr półleży na tygrysiej skórze wśród rozsypanych kwiatów i przytrzymuje Psyche za ramię. Jego głowa spoczywa na kolanach menady w różanym wieńcu, która z szerokim, pijackim uśmiechem podaje dziewczynie czarę z winem.
Tak, Czytelniku. My, Polacy, niezależnie od tego, czy chodzimy do teatru, do muzeum, do galerii, do kina, na koncerty, na wernisaże itp., jesteśmy pajacami, Trefnisiem jest „uśmiechnięty” rząd, a sznurkiem - podatki.
Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego we współpracy z Ministerstwem Finansów i Ministerstwem Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej przygotowało ustawę, zgodnie z którą zawodowi trefnisie mają otrzymać emeryturę w nagrodę za poświęcanie czasu swojemu hobby. Niech się teraz różnej maści artyści - prawdziwi i samozwańczy - nie oburzają na powyższe słowa. Czym zajmowali się niegdyś trefnisie? Dostarczaniem błahej rozrywki klientom, którzy chcieli przyjemnie i beztrosko spędzić czas. A czyż nie na tym polega oglądanie filmu czy spektaklu, obrazu czy rzeźby albo słuchanie muzyki? I jaka jest tak naprawdę różnica między operą a disco polo? Uczciwie rzecz ujmując - żadna. Jeśli mam ochotę, mogę wybrać się do filharmonii, gdzie diwa przejmująco zaśpiewa „Vissi d’arte, vissi d’amore”. Jeśli mam ochotę, mogę wybrać się do knajpy, gdzie akordeonista będzie przygrywał mi do kotleta wariację na temat „Ona czuje we mnie piniondz”. A jeśli będę miała ochotę, po prostu zostanę w domu. To była wyłącznie moja własna, osobista decyzja, czy zechcę zapłacić komuś, kto może zapewnić mi przyjemność, bez której mogę spokojnie się obyć. Ale z tym już koniec.
Marta Cienkowska, szefowa Ministerstwa Kultury zwana wbrew językowi polskiemu „ministrą”, podczas wystąpienia w Sejmie ogłosiła: „Państwo, które chce dbać o godność codziennego życia, o wychowanie dzieci, o ciągłość wspólnoty i społeczne zaufanie, musi mieć sprawny sektor kultury – tak samo jak musi mieć sprawne szkoły czy samorządy. A jednak, mimo tej oczywistości, przez ponad trzy dekady Polska nie potrafiła stworzyć systemowych ram bezpieczeństwa dla ludzi kultury.(…) Przytłaczająca większość artystów nie osiąga dochodów, które dają realne poczucie bezpieczeństwa społecznego ani finansowego. Co więcej, co dziesiąty artysta w ogóle nie ma ubezpieczenia społecznego ani zdrowotnego. Bez niego nie ma dostępu do publicznych świadczeń zdrowotnych, zasiłków chorobowych czy ochrony macierzyńskiej, a luki w składkach przekładają się później na niższe emerytury lub ich brak. To nie są abstrakcyjne statystyki – to konkretne losy ludzi, którzy żyją w niepewności, często bez zabezpieczenia na starość i bez podstawowej ochrony zdrowotnej.(…) Odpowiedzią na wieloletnie zaniedbania jest przygotowany przez obecny rząd projekt ustawy o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawód artystyczny. Projekt, który po raz pierwszy proponuje rozwiązanie systemowe, a nie doraźne czy tymczasowe. Nie jest to wyłącznie rozwiązanie techniczne. To jest decyzja państwa, które mówi: rozumiemy specyfikę pracy twórczej i uznajemy ją za pełnoprawną formę pracy, wymagającą adekwatnych narzędzi ochrony (…) Rozmowa wokół tej ustawy nie jest rozmową wyłącznie o artystach, lecz o tym, czy państwo polskie potrafi rozumieć kulturę nie jako koszt, lecz jako zasób strategiczny. Polskie państwo ma obowiązek wspierać artystów i twórców w sposób systemowy, bo są oni nie tylko częścią gospodarki o wysokiej wartości dodanej, ale przede wszystkim nośnikiem naszej tożsamości, naszej soft power. Działalność polskich artystów i twórców jest też w oczywisty sposób ważnym elementem infrastruktury naszego kulturowego bezpieczeństwa”. Czyli krótko mówiąc: państwo polskie pochyla się nad artystami jak nad inwalidami, którzy nie potrafią sami o siebie zadbać i nigdy nie pomyśleli o zabezpieczeniu swojej przyszłości: 69% artystów osiąga przychody poniżej średniej krajowej, a 30% – poniżej minimalnego wynagrodzenia. Tylko 8,3% pracuje (jeśli tak można to nazwać) na podstawie umowy o pracę na czas nieokreślony, a 15,3% pozostaje poza jakimkolwiek tytułem ubezpieczeniowym - tzn. robi na czarno albo w ramach umowy o dzieło. I teraz przeciętny podatnik musi dołożyć tym bidulkom do emerytury. Mniej więcej na takiej zasadzie wymyślono rentę socjalną, czyli świadczenie dla osób, których kalectwo dotknęło, zanim zdążyły odprowadzić składki do ZUS-u.
Ta „ułomność” cechuje ok. 60 tys. osób zajmujących się tzw. działalnością artystyczną oraz jeszcze nie oszacowaną liczbę architektów. Zgodnie z zamysłem ministerstwa malowanie, śpiew, taniec, pisanie wierszy ma być objęte ubezpieczeniem społecznym i zdrowotnym poprzez mechanizm gwarantowanych dopłat do składek niezależnie od okresowych wahań dochodów; dopłaty do składek dla artystów o najniższych dochodach (do poziomu wynikającego z minimalnego wynagrodzenia za pracę, w sytuacji gdy ich dochody nie pozwalają na samodzielne opłacenie składek); finansowanie dopłat z budżetu państwa, przekazywanych bezgotówkowo i automatycznie bezpośrednio do Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, bez wliczania ich do dochodu i bez opodatkowania; wprowadzenie statusu artysty zawodowego, przyznawanego osobom wykonującym działalność artystyczną w sposób profesjonalny i stały, posiadającym udokumentowany dorobek oraz osiągającym dochody z działalności artystycznej; czasowy charakter statusu - przyznawany na okres 3 lat, z możliwością przedłużenia do 5 lat po co najmniej 9 latach ciągłej aktywności artystycznej; transparentną procedurę oceny wniosków, opiniowanych przez Komisję Opiniującą, z decyzją podejmowaną przez dyrektora Centrum Edukacji i Pracy Artystycznej; dopłaty przyznawane na 12 miesięcy, z możliwością ponownego składania wniosków dla artystów, których dochody w trzech ostatnich latach nie przekroczyły 125% dwunastokrotności minimalnego wynagrodzenia; możliwość zawieszenia statusu artysty zawodowego na wniosek artysty na okres od 1 do 36 miesięcy. Dodajmy, że ustawowym artystą może zostać również cudzoziemiec, a więc Polaku-robaku, wyskakuj z kasy, żeby dołożyć się do emerytury np. jakiemuś Ukraińcowi, który lubi sobie czasem poplumkać na bałabajce, albo czarnemu beatboxerowi z Harlemu, jeśli zapewni sobie legalny pobyt nad Wisłą.
Całkiem nieźle, co? Niby artyści mają reputację oderwanych od rzeczywistości pięknoduchów, a tu proszę: jak wygodnie się ustawili! Jednak to jeszcze za mało. W marcu 2026 r. Stowarzyszenia Reżyserów Polskich wydało opinię do projektu ustawy, która jest „systemowym utrwaleniem prekariatu”. SRP skarży się w niej, że „artysta nadal pozostaje obciążony kosztami ubezpieczenia, mimo często dramatycznie niskich dochodów. W państwie sprawującym mecenat nad kulturą wysoką, takie rozwiązanie jest nieadekwatne. Zamiast przejąć pełną odpowiedzialność za zabezpieczenie społeczne artystów, państwo proponuje system warunkowych dopłat do składek ZUS. Oznacza to, że w rzeczywistości artyści nadal będą musieli samodzielnie opłacać składki, a jedynie w określonych przez Ministerstwo przypadkach otrzymają skromną pomoc. To nie jest mecenat – to pozorowana troska, która nie rozwiązuje problemu prekariatu w środowiskach twórczych. (…) w państwie, które deklaruje mecenat nad kulturą wysoką, właściwym rozwiązaniem byłoby pełne przejęcie przez państwo kosztów zabezpieczenia społecznego osób wykonujących zawody artystyczne – przynajmniej w odniesieniu do twórców i wykonawców funkcjonujących poza etatem”. Według Stowarzyszenia „koszt pełnego objęcia ubezpieczeniem społecznym artystów pracujących poza etatem szacuje się na 270–300 mln zł rocznie. W skali budżetu państwa jest to kwota marginalna, podczas gdy dla ochrony dziedzictwa narodowego i stabilności twórców ma znaczenie kluczowe. Państwo powinno przejąć na siebie cały ciężar zabezpieczenia socjalnego tej wąskiej grupy zawodowej, w końcu oficjalnie uznając ich pracę za dobro publiczne”, a przecież „~300 mln zł rocznie to kwota śmiesznie niska w porównaniu z korzyściami, jakie społeczeństwo czerpie z wolnej, niezależnej i godnie traktowanej kultury. Dla porównania, rząd równolegle wprowadza opłatę reprograficzną, która obciąży obywateli kwotą kilkuset milionów złotych rocznie, a środki te będą dystrybuowane przez organizacje zbiorowego zarządzania. Skoro państwo potrafi znaleźć pieniądze na tego typu rozwiązania, tym bardziej powinno stać je na godne zabezpieczenie emerytalne artystów, którzy są realnym skarbem narodowym”. Najśmieszniejsze, że „największy sprzeciw SRP budzi powołanie Komisji decydującej o przyznaniu statusu artysty. Powołanie Komisji Opiniującej, która ma decydować o przyznaniu statusu uprawniającego do dopłat, budzi zasadnicze wątpliwości natury konstytucyjnej i demokratycznej. Kryteria oceny są mgliste i uznaniowe, a sposób wyłaniania członków w praktyce oznacza stworzenie narzędzia politycznej kontroli nad środowiskami twórczymi. Artysta, który chce uzyskać skromną dopłatę do składki, będzie musiał być posłuszny i lojalny wobec władzy. Nawet przy założeniu dobrej woli projektodawcy, przyjęty model – oparty na mglistych kryteriach – pozostawia szerokie pole uznaniowości. To mechanizm cenzury prewencyjnej i wymuszania posłuszeństwa, który w demokratycznym państwie prawa nie powinien mieć miejsca. Status artysty w kontekście dostępu do zabezpieczenia społecznego nie powinien zależeć od oceny jakościowej, politycznej lub środowiskowej, lecz od obiektywnych, sprawdzalnych kryteriów formalnych. W przeciwnym razie powstaje ryzyko: ograniczenia pluralizmu artystycznego: poprzez mechanizmy selekcyjne; powstania efektu „prewencyjnej autocenzury”: w którym twórcy – obawiając się utraty statusu – powstrzymują się od krytycznych wypowiedzi wobec władzy publicznej” (…) co rodzi obawę, że „twórcy niezależni, krytyczni wobec władzy lub poszukujący nowych form wyrazu, mogą zostać pozbawieni statusu pod pretekstem „braku istotności” ich dorobku, nierównego traktowania twórców reprezentujących odmienne nurty estetyczne lub światopoglądowe, upolitycznienia i nepotyzmu: Skład komisji może stwarzać bezpośrednią podległość polityczną. Uzależnienie bytu socjalnego od weryfikacji przez jakąkolwiek komisję uderza w fundamenty wolności słowa i prawa do wyrażania swojego zdania. W demokratycznym państwie prawa status zawodowy nie może zależeć od uznaniowej decyzji ciała administracyjnego o niejasnej proweniencji. To prosta droga do wymuszania posłuszeństwa wobec władzy w zamian za socjalne bezpieczeństwo. Artysta stojący przed wyborem: „lojalność wobec linii politycznej resortu” a „ubezpieczenie zdrowotne”, przestaje być wolnym twórcą. Taki system promuje postawy konformistyczne i degraduje artystę do roli petenta, co w dłuższej perspektywie doprowadzi do wyjałowienia polskiej kultury. Wolność twórczości artystycznej – jako wartość konstytucyjna – wymaga nie tylko formalnej gwarancji, lecz również stworzenia takich warunków socjalnych, które wykluczają powstawanie relacji zależności ekonomicznej wobec władzy publicznej. System, w którym państwo może arbitralnie decydować, kto jest „prawdziwym artystą” uprawnionym do wsparcia, a kto nie, stwarza pole do nadużyć i dyskryminacji twórców niewygodnych politycznie. To droga do ubezwłasnowolnienia środowisk artystycznych i zniszczenia ich niezależności”. SRP wyraża również „pełne poparcie dla słusznych i niezwykle istotnych uwag ZASP zawartych w punkcie dotyczącym absolwentów szkół artystycznych. W pełni zgadzamy się z uwagą ZASP dotyczącą sytuacji absolwentów szkół artystycznych oraz potrzebą stworzenia mechanizmu przejściowego umożliwiającego im wejście na rynek pracy z minimalnym zabezpieczeniem socjalnym. Zgadzamy się, że wymóg udokumentowania trzech lat dochodów jako warunek objęcia systemem de facto wyklucza osoby debiutujące, które znajdują się w najtrudniejszej sytuacji ekonomicznej. Proponowany przez sygnatariuszy mechanizm „okresu warunkowego” jest niezbędnym minimum, którego brak doprowadzi do dalszej marginalizacji młodych twórców, emigracji zarobkowej i powiększania szarej strefy”. Dlatego SRP domagało się „przyjęcia modelu pełnego, publicznego finansowania zabezpieczenia społecznego osób wykonujących zawody artystyczne, bez mechanizmów uznaniowej weryfikacji ich statusu”.
Że co?! Od kiedy artyści brzydzą się prekariatem? Kto podczas Marszu Miliona Serc stał na scenie, śpiewając na cześć bandy Rudego? Czy aby nie Żebrowski, Gąsowski, Damięcki, Stalińska, Seweryn, Jeżowska, Kurowska, Moś, Szczepkowska, Saramonowicz, Mozil, Ostrowska, Grochola i inni „koryfeusze” polskiej kultury? No więc Übervolksdeutsch odpłacił się sowicie za udzielenie „bezinteresownego poparcia”. Jak śpiewał Kazik: „Wszyscy artyści to prostytutki…”. Tym większe obrzydzenie budzą wynurzenia niejakiej Jandy, która elektorat PiS-u uważała za skłonny do tego, by sprzedać się za marne 500+, a więc taniej niż dziwka. Pani Krysiu, pani się sprzedawała niejednemu, tyle że o wiele drożej. Podczas gdy teatr Emiliana Kamińskiego utrzymywał się - bo mógł! - z biletów, Fundacja Krystyny Jandy, prowadząca Teatr Polonia i Och-Teatr, ciągnęła niemałą kasę z budżetu państwa. Ale gdy w 2016 r. otrzymała od ministra Piotra Glińskiego „tylko” 150 tys. zł zamiast wnioskowanych 1,5 mln, ta marna aktorka podniosła wrzask, że „barbarzyńcy rujnują polską sztukę”. Ale kiedy w 2020 r. (czyli za rządów PiS-u) dostała 1,8 mln, już nie brzydziła się pieniędzmi wyżebranymi od „faszystów”. No cóż, trzeba wybaczyć biedaczce chwilę słabości - w końcu wyznała w wywiadzie, że jeden bochenek chleba musi jej wystarczyć na cały tydzień. Zapomniała przy tym wspomnieć, za ile kupiła willę i luksusowy samochód. Na szczęście poratował ją KPO, z którego wyciągnęła na jeden tylko spektakl ok. 200 tys. zł w 2025 r. w ramach projektu „Teatr bez barier: Pan Ho Ho”. (Swoją drogą KPO to też niezły przewał - budżet na kulturę obliczono na ponad 250 mln zł, z czego sfinansowano takie projekty jak: „Rozpoczęcie szkolenia zawodowego w kierunku koordynacji, konsultacji i choreografii scen intymnych w teatrze i filmie, oraz dzielenie się nabytą specjalistyczną wiedzą z polskimi aktorami i twórcami" albo udział w kursie „The Menstruality Leadership Programme"). Jak widać, pani Krysia, która w całej swej karierze odgrywa jedną rolę, tj. egotycznej, znerwicowanej babki w ataku klimakterium, przez co idealnie wypadła w tytułowej roli w spektaklu „Boska!”, nie jest świeżym, niewinnym dziewczęciem, za jakie próbuje uchodzić. Powinna zresztą zmienić tę maskę, bo na starość infantylne podrygi wyglądają co najmniej sztucznie, a jeżeli nie są udawane, to stanowią podstawę do odesłania babci na oddział opieki paliatywnej. Może to już czas, pani Krysiu? Sama to przyznałaś podczas wywiadu w TVP w likwidacji: „Dopóki nie rządził PiS, to ja myślałam, że wszyscy ludzie są dobrzy. I nagle zrozumiałam, że tak nie jest! Potem myślałam, że ja jestem jakaś nienormalna, ale jak zaczęłam czytać te hejty, dla mnie to był dla mnie szok. Ja myślałam, że wszyscy myślą tak jak ja i Andrzej Wajda!”.
To jakoś przypadkiem wpasowuje się w sposób przeznaczania środków z kieszeni podatnika. Teatry są dotowane przez państwo jak zakłady pracy chronionej, które zatrudniają inwalidów niezdolnych do wykonywania czynności bardziej skomplikowanych niż np. przewracanie uszytych rękawic roboczych z lewej strony na prawą. Tyle tylko że te zakłady są utrzymywane z podatków z powodu ustawowego miłosierdzia, praktykowanego dlatego, ze ktoś odkrył korzystny wpływ prostej pracy na wątłe zdrowie psychiczne sztucznie zatrudnionych. Jeśli więc pani Janda domaga się takich samych - lub większych benefitów, to niech przyzna oficjalnie, że jej działalność „artystyczna” stoi na tym samym poziomie, co twory ułomnych.
Na to, rzecz jasna, nie można liczyć. „Artyści” (w przeciwieństwie do prawdziwych artystów) zawsze uważali się za wyższą kastę, predestynowaną do pouczania reszty społeczeństwa - tzn. w ich mniemaniu mierzwy ludzkiej, biomasy, hołoty z zaścianka i bandy burżujów. Taki chłop pańszczyźniany może i powinien tyrać w pocie czoła na utrzymanie nadludzi zdolnych do wyższych uczuć i subtelniejszego rozumowania, bo przecież sławny aktor, poeta, piosenkarz czy malarz nie zniży się do wykonywania pracy fizycznej. On jest ponad to! „Artysta” właściwie robi przysługę narodowi tym, że naucza go, co jest dobre, słuszne i właściwe, i że pozwala mu rozkoszować się wybitną twórczością, która stanowi „dobro publiczne” oraz przynosi „korzyści” „z wolnej, niezależnej i godnie traktowanej kultury”, czyli „zasobu strategicznego” i „nośnika naszej tożsamości”.
Tylko jak właściwie zdefiniować tę „tożsamość”? Jaką „korzyść” naród - jako taki - czerpie z „twórczości” takiego np. Jasia Kapeli, który ma czelność twierdzić, że jego „praca intelektualna” stoi wyżej niż praca kasjerki w supermarkecie? Panie Jasiu, dobrze pan wie i wie pan, że inni wiedzą, że pan wie, że z pracy na kasie jest jakiś pożytek. A pańskie wynurzenia nie są ani potrzebne, ani ładne, ani nawet śmieszne. Samo zaliczanie Kapeli do grona artystów to splunięcie w twarz odbiorcom, tak jak wstawienia „dzieł” Fangora do Muzeum Narodowego w Krakowie obok Mehoffera. Młodopolscy artyści hołdowali zasadzie „sztuki dla sztuki” - ich twórczość nie miała wprawdzie czemuś służyć, ale stała na nieporównanie wyższym poziomie niż to, co się serwuje dzisiaj pogardzanym, ale bezdusznie dojonym „filistrom”. Problem dla kasty polega na tym, że nawet „filister” ma przynajmniej jakiś szczątkowy gust. Dlatego opłata reprograficzna to daremny trud, bo nikt przy zdrowych zmysłach (zwłaszcza zmyśle słuchu) nie zechce piracić smętnego pomiaukiwania Podsiadły czy Cymsa, żeby zaśmiecać sobie miejsce na dysku. Kto chce obcować ze sztuką, musi udać się do muzeum - oczywiście, nie do Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. Według Arystotelesa sztuka to „trwała dyspozycja do opartego na trafnym rozumowaniu tworzenia” i Tobie, Czytelniku, zostawiam odpowiedź na pytanie, jak przebiegał proces rozumowania, które zaowocowało przyklejeniem banana do ściany. Wygląda na to, ze jeśli wydłubię gluta z nosa, wytrę go o ścianę i oprawię w ramkę, będę już mogła uchodzić z artystkę. No i git! Nie urobię się, a zarobię.
Pewnie z tego samego założenia wyszła niejaka Olga Tokarczuk, która otwarcie przyznała się, ze w pisaniu posiłkuje się AI. No to chyba należałoby zwrócić tego Nobla, nieprawdaż, pani Olu? Trzeba jednak oddać honor Tokurczak, ze miała przynajmniej odwagę przyjąć do wiadomości to, co wiedzą zwykli śmiertelnicy - w dobie sztucznej inteligencji tzw. „bioartyści” (jak lubią o sobie mówić) przestali być potrzebni. Program komputerowy w kilka minut namaluje lepszy obraz, nagra lepszą piosenkę, napisze lepszą powieść, a niedługo nakręci lepszy film niż to, co widzimy w kinach, na koncertach i przede wszystkim - w galeriach. A kiedy sponsorzy podliczą koszty - skończą się zarobki zbędnych, nadętych trefnisiów. I co wtedy? Ano trzeba będzie pierwszy raz w życiu iść do normalnej pracy przy kasie, w fabryce, w polu albo chociaż na szmacie. Bez majzla i młota to **** - nie robota. A jeśli społeczeństwo godzi się dzisiaj na to, by utrzymywać zarozumiałych darmozjadów, to chyba faktycznie „Naród się zgubił”…
Taniec śmierci ominął i tak nieśmiertelnych -
(…)
Ocaleliśmy przecież - Artyści
Nam i skrzydeł u ramion na cle nie podcięto
Nie wybito nam zębów ze szczęki
Bylebyśmy się wznieśli ponad ludzkie lamenty
Poza bezmiar człowieczej udręki
(...)
Może być, że niedługo, po śmierci - za chwilę
Kiedy tam znowu zmieni się władza
Do wolnego już kraju (za ile? na ile?)
Naszych zwłok nikt nie będzie sprowadzał
(…)
Kaczmarski (1979 r.)











Komentarze
Prześlij komentarz